Jeszcze będzie przepięknie

Trudno jest przejść obojętnie obok tego, co się dzieje aktualnie w naszym kraju. Obok protestów, które porwały tysiące ludzi w wielu miastach. Bo dzieje się coś, co jest jednocześnie przepiękne i okrutnie przykre. I nigdy nie pomyślałabym, że kiedykolwiek oba te określenia będę mogła przypisać jednej i tej samej rzeczy.

Wpis ten jest moimi osobistymi przemyśleniami i podsumowaniem dyskusji, która wywiązała się na moim prywatnym profilu na facebooku, w której próbowałam przedstawić swój punkt widzenia i swoje odczucia mojemu wujkowi (którego gorąco pozdrawiam), który stoi po przeciwnej stronie.

Bo o jednej rzeczy trzeba pamiętać, że w każdej rodzinie są osoby opowiadające się po obu stronach konfliktu i żadnej z osób ani ja nie chciałabym urazić czy sprawić przykrość, ani nie powinien tego robić nikt z protestujących. Bo demokracja to wolność wypowiedzi, ale i wzajemne poszanowanie każdego zdania.

Skąd ten cały protest.

To był czwartek, 22 października 2020 r., kiedy Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok ogłaszający, że aborcja w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu, do której do tej pory każda Polka miała prawo, jest niezgodna z Konstytucją RP. Trybunał, których członków powołała partia rządząca, czyli PiS – a nie wybrano niezależnie, uznał, że jest to aborcja eugeniczna.

Zawrzało. Tłumy kobiet na ulicach. Protesty w wielu miastach. Pomimo trwającej pandemii, ludzie wyszli zawalczyć o swoje prawa. Bo wyrok TK oznacza jedno – to jest ostateczne zdanie, którego nie można zmienić.

W tym wszystkim też i ja – niezgadzająca się z wyrokiem, skromna dziewczyna wychowana w małym miasteczku, starająca się ułożyć swoje życie w Trójmieście. Nie poszłam na protest, ale byłam tam codziennie duchem.

To był wtorek, 27 października 2020 r., kiedy we mnie coś pękło. Kiedy sama stwierdziłam, że sprawa zaszła za daleko. Bo oto jedna z najważniejszych osób w państwie – wygłasza orędzie.

Nasz lider, osoba, która powinna z ogromną dozą empatii oraz z pewną ręką porozmawiać ze swoim ludem, utworzyć dialog, może zaproponować referendum, dłuższe rozmowy w tak delikatnym temacie, uspokoić tłum protestujących, zaproponować pokojowe rozwiązanie, powiedziała wprost, że nie chce tego robić. Nie chce i nie będzie. I namawia w sposób klarowny, by Ci, którzy się z nim zgadzają, stanęli do walki z tłumem. Bo w jego odczuciu to tłum jest zły, a jego zdanie jest jedynym zdaniem.

To nie tłum teraz podburza do walki, tłum po prostu protestuje, bo ma do tego prawo – walki chce Jarosław Kaczyński.

Postanowiłam się dołączyć do akcji rysując plakat – graficzną satyrę na naszego rządzącego – z dedykacją i zaproszeniem do korzystania dla wszystkich protestujących. Przedstawia on portret Jarosława Kaczyńskiego stojącego w blasku zachodzącego za horyzont czerwonego słońca z humorystycznym hasłem „Słońce narodu zaszło za daleko”.

Plakat „Słońce narodu zaszło za daleko”, © Marzena „Magenta” Mikołowska 2020, udostępniony na licencji CC00, link do plików do druku

Chciałabym sprostować, bo pojawiło się tez kilka pytań o nawiązanie do Kyokujitsu-ki – znaku który w Azji wzbudza równie nieprzyjemne emocje, co u nas znak swastyki. Myślałam nad tego typu tłem, bo jest zdecydowanie nacechowane negatywnie. W którymś momencie nawet takie zrobiłam, ale cofnęłam. Jednak delikatniej rozbrzmiewa samo słońce zachodzące za ciemny horyzont z cienkimi, rozrywającymi się promieniami. Czerwień została, bo jest głównym kolorem tych protestów, dlatego mimo wszystko może się tak kojarzyć, za co z góry przepraszam.

I jeszcze raz – to nie jest atak, to jest obraz satyryczny.

Po publikacji plakatu na facebooku odezwał się zatroskany wujek.

Wujcio, o którym dobrze wiedziałam, że zawsze był dosyć konserwatywny – zaniepokojony moją inicjatywą napisał kilka bardzo emocjonalnych słów. Słów, do których próbowałam się jak najrzetelniej i najbezpieczniej odnieść i pokazać swój punkt widzenia.

Wujek prywatnie jest bardzo ciepłą i pomocną osobą. Lubi się rozgadać, posłuchać co słychać, opowiadać historie i anegdotki. Jest tak samo fajnym wujkiem jak jakikolwiek wasz wujek, o którym możecie sobie pomyśleć czytając ten opis.

Nie bez powodu piszę „wujek” a nie „ktoś”. Choć nie będę tu podawać imienia – jest to moja rodzina. Bo to nie jest tak, że jedni ludzie z drugimi nie potrafią już spokojnie rozmawiać – to nie potrafi rozmawiać ze sobą brat z siostrą, wujek ze stryjenką, szwagier z teściem, matka z ojcem… To już jest ładne kilka lat, kiedy tak się dzieje. Kiedy już przyzwyczailiśmy się do tego stanu, że nie powinno się poruszać polityki przy stole i że to dyskusje polityczne są powodem największych rodzinnych kłótni (zamiast kłótni o porysowane auto czy nieoddanie pożyczonej kasy). Dobrze też ujął to Krzysztof Gonciarz w swoim filmie.

Polityka nas podzieliła.

Chcę tu poruszyć o wiele większy temat niż sam protest. Bo same strajki są jedynie zwieńczeniem tego, co w naszym kraju działo się od wielu lat i czego efektem on sam w sobie jest. O tym jak to wszystko nas okropnie rozdarło na dwa fronty.

Dlatego teraz opowiem trochę o tym, co nas łączy – o rodzinie.

Moja babcia, która mieszkała razem z nami w rodzinnym domu, miała sporo rodzeństwa. Najczęściej przyjeżdżały do niej siostry. Całe moje dzieciństwo to w gruncie rzeczy przeplatające się wspomnienia ze szkoły, zajęć plastycznych, rodzinnych obiadków w niedziele i wizyt babcinych sióstr z wnuczkami.

Sama historia tej części rodziny jest dosyć zawiła. Babcia wraz z całym rodzeństwem i rodzicami została jako mała dziewczynka wywieziona bydlęcym wagonem na sybir. Pamiętam całą masę historii opowiadanych mi przez babcię, w których podkreślała jak bardzo trzeba szanować to, że ma się chleb i że ma się wygodnie łóżko.

Babcia nauczyła mnie pokory i szacunku.

Jedną z sióstr, które nas odwiedzały, była mama ów zaniepokojonego wujka. Nie opowiadała dużo o tym, co było, ale skupiała się zawsze na tym, co się dzieje teraz. Była osobą, która zawsze oglądała moje rysunki i z pełnym zaangażowaniem słuchała moich opowieści o tym co i dlaczego zostało w jakiś sposób przeze mnie przelane na papier. Od zawsze też namawiała mnie, żebym poszła na kierunek artystyczny, kiedy stanę już przed wyborem drogi przez życie. Każde jej zdanie było przepełnione troską. Kto wie, może byłabym teraz programistką, gdyby nie jej słowa?

To ona nauczyła mnie czym jest empatia i zrozumienie.

Babcia i jej siostra miały jednak od zawsze zupełnie odmienne zdanie w kwestiach politycznych. Babcia była bardziej liberalna, jej siostra konserwatywna. I choć obie były mocno wierzące – potrafiły się pokłócić nawet o to, jak należy tę wiarę wspierać. Babcia np. wolała wesprzeć finansowo własną parafię, a jej siostra – Ojca Rydzyka.

Ha! Pamiętam nawet tę kłótnię. Cóż to była za batalia na słowa.

Jednak w tym wszystkim było coś, co do tej pory uważam za przepiękne. Po każdej takiej kłótni i chwili dąsania, przepraszały się i znowu były zgodne. Znowu siadały do gry w tysiąca, przechwalały się wnukami, opowiadały o planach remontowych, o tym, która tym razem którą odwiedzi.

Dzięki nim zrozumiałam jak wygląda rozwiązywanie sporów – że wystarczy szczerze przeprosić, przytulić, pogadać. Że wystarczy spojrzeć na siebie nawzajem i powiedzieć wprost – „Kochana, co my robimy? To bez sensu. To jest zupełnie nieważne.”

Niestety nie ma już ich wśród nas i nie ma komu przypomnieć jak to się robi. Nikt nie przypomni, że waśnie i spory o własne poglądy są nieważne. Bo liczy się to, że jesteśmy wolnymi ludźmi, że życie trwa, że wszyscy jesteśmy razem i razem budujemy wspólną przyszłość.

Przyszłość, która dla każdego z nas codziennie jest coraz krótsza i którą trzeba przeżywać korzystając z każdej jednej minuty.

A ja mam dość.

Mam dość tego, że boję się poruszać ciężkie tematy z bliskimi (nie mówiąc już nic o znajomych czy nawet własnych klientach). Że obawiam się każdej rozmowy, bo skończy się przykrymi słowami. Że ktoś powie coś, co zaboli. Że ktoś dotkliwie uderzy w moje „ja”.

Mam dość, że nie mogę przy rodzinnym stole poruszyć dowolnego tematu, bo polityka połączyła się praktycznie z każdym jednym aspektem życia.

Dożyliśmy czasów, w których tak wygląda normalność. Życie w strachu. Życie pełne taktycznych uników.

Kto nas pogodzi? Na pewno nie pan Kaczyński.

Kim jestem? Wg rządowych mediów jestem zmanipulowaną, lewacką, nieuświadomioną w prawdzie bojówczynią Antify, która nie protestuje, ale prowadzi bezczelne działania na rzecz wprowadzenia chaosu i doprowadzenia do totalnej anarchii i zniszczenia Polski.

Aż mnie ciary przeszły pisząc to zdanie.

I nie, nie jestem taką osobą. Absolutnie nie.

Poprzez wiele lat przeczytałam setki książek o manipulacji, budowaniu komunikacji, strategii, działaniu ludzkiego mózgu itp. Uczestniczyłam w szkoleniach, chodziłam na wiele zajęć dotyczących tych tematów ucząc się zawodu grafika. Bo – oczywiście – ta wiedza jest niezbędna przy tworzeniu marek, kampanii reklamowych i odpowiedniej komunikacji dla każdego klienta. Może nie jestem ekspertem, ale kiedy pada zdanie, które choćby lekko „pachnie” manipulacją, jestem w stanie to zauważyć.

I tak, poglądy mam „lewackie”. Cenię sobie możliwość wyboru i niczego bardziej nie pragnę, by każdy człowiek na świecie tę wolność miał. Staram się być zawsze szczera i z przekonaniem mówić o swoich pasjach i upodobaniach. I jestem pewna, że nikt z osób, które znam, nie powiedziałby, że jestem złym człowiekiem.

Jest mi też niezwykle przykro, że osoby po drugiej stronie konfliktu uważają mnie i moją stronę za zmanipulowaną. Bo rzeczywistość wygląda trochę inaczej.

Osobiście nie oglądam żadnej telewizji. Od kiedy wyprowadziłam się od rodziców, nie posiadam telewizora i nie czuję potrzeby jego posiadania. Gdy jakiś temat mnie zainteresuje, sprawdzam różne strony rządowe, serwisy informacyjne polskie i zagraniczne, czytam opinie prywatnych osób na blogach. Wiedzę czerpię bezpośrednio od konkretnych stron i serwisów informacyjnych w internecie. Nie zamykam się na jednego dostawcę – sięgam po szeroki zakres. Staram się zachować przy tym wszystkim otwartą głowę, nie zamykam się na jedne ramy – bo tu również – otwarta głowa to większy zakres wiedzy do wykorzystania w pracy zawodowej jak i w życiu prywatnym.

Przede wszystkim jednak podchodzę do każdego tematu z dużą dozą empatii i staram się zrozumieć dlaczego dany temat pokazywany jest tak a nie inaczej i dlaczego reakcje na niego mogą być takie i owakie. Rozumiem i szanuję to, że każdy może mieć odmienne zdanie i nie narzucam swojego – jedynie staram się sugerować, w moim odczuciu i z uwzględnieniem całej mojej wiedzy – właściwe rozwiązania, o czym mogą np. poświadczyć osoby, z którymi współpracowałam zawodowo.

Niestety, to co widzę na podstawie całej mojej wiedzy i co mogę stwierdzić z pełną pewnością to to, że TVP manipuluje.

Każde jedno zdanie i każdy jeden reportaż pokazywany w TVP to ogromne ilości perfekcyjnie napisanych zdań przepełnionych masą manipulacyjnych sztuczek.

Co więcej, wszystkie te informacje przekazywane są w taki sposób, żeby podkreślić tym bardziej różnice w myśleniu między „prawą” i „lewą” stroną, i wzbudzenie lęku przed tą, która w ich mniemaniu jest niewłaściwą. A skoro to rząd utrzymuje TVP i nią zarządza, to materiały tworzone są tak, by podkreślić, że to, co jest dobre, jest po prawej stronie, a wszystko, co jest po lewej, to „zło i szatan”.

Wszystko więc, co nie jest prawicą, jest czymś niedobrym, czymś, czego powinni się ludzie bać, i czymś przed czym powinni się bronić za wszelką cenę.

Czy potrzebne są przykłady?

TVP mówi np., że LGBT to demoniczna ideologia, która chce nas zniszczyć, a ludzie popierający lub należący to niej to nie są ludzie (jak w ogóle można o kimś powiedzieć, że nie jest człowiekiem?). Prawda jest taka, że jest to ruch (nie ideologia), który dąży do wyrównania praw niezależnie od orientacji seksualnej i ruch, który pragnie edukować wszystkich, że takie rzeczy są normalne i że zdarzają się wszędzie. To nie ma związku z żadną pedofilią ani zachętą do prostytucji – czy jakiekolwiek inne bajki, które stara się nam wmówić TVP czy jeżdżące ciężarówki. To są zwyczajni ludzie, którzy chcą po prostu równego traktowania. Znam osoby, które są np. biseksualne i które okrutnie cierpią przez te kłamstwa – bo nie mogą swobodnie porozmawiać o swoich uczuciach czy planach z własną najbliższą rodziną.

TVP o naszym rządzie mówi też zawsze w samych superlatywach, natomiast zawsze źle o opozycji. Zawsze. Gdzieś czytałam nawet, jak ktoś podliczył ile razy podczas kampanii prezydenckiej wychwalany był prezydent Duda i ile razy i jak bardzo bezpardonowo atakowany był jego kontrkandydat (jak ktoś posiada linka – proszę o podesłanie, nie mogłam tego dogrzebać). Czy tak powinno wyglądać dziennikarstwo?

Dziennikarstwo to przede wszystkim staranie się, by każdy temat przekazywany był w sposób obiektywny. Bez wylewania pomyj na którąkolwiek stronę, ale i bez hymnów, pochwał i peanów. Przede wszystkim bez jakichkolwiek słów cechujących dane wydarzenie (np. zamiast „bezczelne zachowania protestujących” powinno być po prostu „zachowania protestujących”). Dziennikarstwo powinno być czystą i rzetelną informacją.

Przykład:

Jak powinna wyglądać czysta informacja?
Protestujący podkreślają w swoich hasłach udział kościoła w naciskach na zmianę prawa aborcyjnego. Dlatego podczas trwających od kilku dni protestów pojawiają się incydenty, w których protestujący wchodzą do kościołów i przerywają msze.
Tłumy protestujących nasuwają skojarzenia z niedawnymi strajkami w Stanach Zjednoczonych, kiedy ruch „Black Lives Matter” walczył o swoje prawa.

Jak ta sama informacja jest opisywana przez TVP?
Chaos, coraz większa agresja i kolejne ataki na księży i obrońców Kościoła. Trwające od kilku dni protesty mają coraz mniej wspólnego z tematem aborcji, a coraz więcej z przestępczością i próbą wprowadzenia anarchii.
Obrazy z ulic Warszawy, ale nie tylko, także innych miast coraz boleśniej przypominają te ze Stanów Zjednoczonych, gdzie kilka miesięcy temu ulicami zawładnęły lewackie bojówki Antify, organizacji terrorystycznej której bojówkarze już mają być w Polsce.” – autentyczny cytat

Czy widać to, o co mi chodzi?

Dla ułatwienia, podkreśliłam w wypowiedzi określenia, które cechują wypowiedź negatywnie, odrzucając obiektywizm.

TVP sugeruje dosyć dosadnie, że protestujący atakują kościoły i księży (a to są pojedyncze incydenty, w których nikt nie ucierpiał w żaden sposób fizycznie), że nie chodzi o zmianę prawa aborcyjnego, ale o wprowadzenie chaosu (co oczywiście jest totalnym kłamstwem), że protestujący są przestępcami (tu notka prawna – przestępcą jest się dopiero wtedy, kiedy zostanie się skazanym prawomocnym wyrokiem) i, że takie działania są zainicjowane przez bojówki Antify, której członkowie przybyli do Polski, by wprowadzić anarchię (no to już jest absolutna bzdura).

Tytuł nagłówka/paska Wiadomości, z którego pochodzi ww. cytat brzmi następująco: „Lewacki faszyzm niszczy Polskę”. Każde jedno słowo w tej frazie sugeruje coś paskudnego, jednocześnie będąc w praktyce totalnym nonsensem. Bo nie ma czegoś takiego jak „lewacki faszyzm” i absolutnie żadne działania protestujących nie „niszczą Polski”.

Przy okazji – Antifa jest antyfaszystowska i antynazistowska, a lewacki faszyzm, który nie istnieje, chce zniszczyć Polskę wysyłając tę Antifę na ulice. Przecież nawet to nie ma w sobie ani grama logiki. Nie tylko logiki w sensie filozoficznym… ale też czysto matematycznym!

Tu małe sprostowanie. Nie sądzę, że TVN, Polsat czy jakakolwiek inna telewizja jest wolna od manipulacji. Wszędzie jest tego trochę. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak często używamy też tego nieświadomie (już nawet od najmłodszych lat!). TVP jest jednak tym przepełniona do granic możliwości i śmiem twierdzić, że ich sposób retoryki za czasów rządów PiS będzie kiedyś opisywany jako istny majstersztyk w tej dziedzinie.

Dlatego teraz nieco wiedzy o manipulacji.

To straszna szkoda, że nie uczy się tych rzeczy w szkołach. Może więcej osób dzięki temu było by bardziej „odpornych” na takie działania? Wśród znajomych mi osób zajmujących się działaniami marketingowymi nie znam ani jednej, która popierałaby w 100% nasz obecny rząd. I myślę, że to nie jest przypadek.

Pozwólcie, że przedstawię jedną z elementarnych podstaw. Jest to wiedza, którą można zdobyć np. na szkoleniach z marketingu lub książkach mówiących o sprzedaży (np. dosłownie w każdej książce typu „od zera do milionera” opowiadającej historię kogoś, kto najpierw sprzedawał gadżety chodząc od domu do domu).

Magiczne słówko ALE.

„Możesz sobie mówić co chcesz, ale ja wiem lepiej.”
„Produkty konkurencji może i są bardziej wydajne, ale nasz jest tani.”
„Mamy ponad 20 tysięcy zachorowań dziennie, ale rząd ma wszystko pod kontrolą.”
„Kobiety w Polsce mają prawo wyboru, ale jeśli chodzi o ciążę, to muszą donosić do końca, nawet jeśli dziecko umrze od razu po porodzie.”

Czy widzicie co te zdania łączy?

W każdym z nich to ta część po słowie ALE wydaje się być ważniejszą, bardziej podkreśloną – bardziej istotną w przekazie. Niezależnie od tego, co się uważa w danym temacie, po słowie ALE poprzednia informacja się wręcz kasuje i to ta kolejna zostaje w pamięci. Co więcej, używając ALE można zupełnie zmienić temat, odwrócić uwagę od początkowego stwierdzenia. Można powiedzieć zupełną bzdurę i ją tym sposobem podkreślić.

Magiczne słówko BO.

„Musisz słuchać matki, bo ona wie najlepiej.”
„Nasz produkt jest najlepszym wyborem, bo tylko my potrafimy skonfigurować funkcję, na której panu zależy.”
„Mamy ponad 20 tysięcy zachorowań dziennie, bo ludzie wyszli na ulice.”
„Musimy teraz donosić do końca ciąże z niezdolnymi do życia płodami, bo tak nam rozkazał Trybunał Konstytucyjny.”

Co tutaj można zauważyć?

Tutaj każda z początkowych części zdania bardziej zapada w pamięć. Wydaje się też zdecydowanie bardziej wiarygodna i ważniejsza, bo podkreślił ją argument z drugiej części. To nie żadne czary – tak działa każda głowa.

Jest jeszcze cała masa innych słówek, trików, reguł i zasad. Opowiadanie o nich zostawię jednak na później. Może to zalążek nowych treści na bloga?

Co bym chciała podkreślić to to, że w manipulowaniu w dziedzinie marketingu jest jedna moralna zasada, której każdy stara się jednak trzymać – tzw. zasada win-win, czyli, że zarówno strona korzystająca z tego typu słów jak i strona, która je odbiera w ostatecznym rozrachunku są zadowolone i czują się wygranymi.

Przykładowo, zadowolony jest sprzedawca aut po udanych negocjacjach i zakończonej sprzedaży, ale i też klient, bo jest przekonany, że skorzystał z najlepiej wynegocjowanej i najkorzystniejszej oferty. W skrócie: celem sprzedawcy była sprzedaż samochodu i został on osiągnięty (win, czyli wygrana), a celem klienta było zakupienie sobie nowego auta i został ten cel również osiągnięty (również wygrana).

Niestety nie trzyma się tej zasady TVP ani nikt z rządzących. Z ich strony jest owszem zadowolenie z wypowiedzianych słów, ale z drugiej pojawia się zamiast zadowolenia niepewność, nienawiść, ksenofobia, rasizm czy strach. W moim odczuciu – i zapewne w odczuciu wielu innych ludzi – takie działanie jest działaniem niestosownym, a nawet obleśnym. Wykorzystywanie takiej wiedzy w celu szerzenia nienawiści, podżegania do ataków czy zastraszania, wychodzi poza wszelkie etyczne ramy i zasady.

Sposób ich narracji i przedstawiania treści doszedł już do tak absurdalnych rozmiarów, że jest to aż przerażające.

Protestujący to Antifa?
Nie, nie jesteśmy żadną bojówką, nie jesteśmy też tylko „lewakami”. Wśród nas są też praktykujący katolicy, który wierzą w wolność wyboru.

Chcemy zniszczyć Polskę?
Nie, chcemy ją uratować spod rządów jednego „wodza”, który narzuca nam swoje zdanie. Łączymy siły, żeby wpłynąć na rząd, który słucha tylko części obywateli a reszty nie słucha wcale.

Jesteśmy nieświadomi swoich działań i jesteśmy zmanipulowani?
Nie, dobrze wiemy co robimy i nie słuchamy co ma do powiedzenia TVP, która szerzy rządową propagandę, czy ktokolwiek, kto narusza naszą wolność i godność.

Niestety od ładnych kilku lat nasze społeczeństwo jest „karmione” takim językiem, czego skutki widzimy w naszych domach i na ulicach miast.

Kim jest Polak?

Pan Kaczyński i TVP mówią, że to, co się dzieje to atak na polskość i niszczenie tożsamości narodowej.

Jeśli miałabym na podstawie całej swojej wiedzy o historii Polski i całego mojego doświadczenia życiowego w jednym prostym zdaniu zdefiniować jaki jest prawdziwy polak, to podsumowałabym to tak – POLAK jest osobą, która nie godzi się narzucane nakazy i zakazy, ceni sobie wolność i niepodległość, ceni sobie możliwość wyboru i brania odpowiedzialności za swoje decyzje.

Widać to przez wiele lat naszej historii: narzucono nam, że Polska ma nie istnieć – zrobiliśmy państwo podziemne, nakazano nam zamknąć ludzi w gettach – wyciągaliśmy ich na zewnątrz, kiedy komunizm opanował nasz kraj – sprzeciwiliśmy się jedynej słusznej partii. W każdym powstaniu, w każdej wojnie, w każdym proteście, widać jednoznacznie, że ktoś nam „nadepnął” na naszą wolność.

To, co widzę w tej chwili, to w moim odczuciu właśnie ta prawdziwa „dusza polaka” budząca się na nowo, bo znów coś nam nakazano, zabroniono, przykazano wbrew naszej woli, i znowu z tym walczymy.

Polacy kochają wolność – a tę wolność właśnie jedna osoba i jedna „słuszna” partia chce nam odebrać.

I owszem, prawa, zakazy i nakazy są potrzebne jak np. prawo organizacji ruchu pojazdów. Prawo to jest jednak odpowiednio zbalansowane, jest efektem wielu przemyśleń i debat – i oczywiście przewidziane są odpowiednie kary za jego złamanie. Nigdy jednak nie są to kary cielesne, fizyczne czy psychiczne. Nie godzą w niczyje ciało, a co najwyżej portfel i wybujałe ego. Żaden kierowca nie będzie torturowany za złamanie tego prawa, nie będzie cierpiał, nie popadnie w depresję z powodu mandatu i kilku punktów.

W prawie, które teraz zostało naruszone przez TK, pojawia się kara – to całe cierpienie spadające na matkę, męczarnie psychiczne, depresja, ból, powikłania poporodowe. I choć nie są ujęte formalnie jako kara, są wg. mnie torturą i znęcaniem się. Tu nie chodzi o to kto na tym zarobi, a kto nie, kto wypłynie na tych zasadach, a kogo się pogrąży. Sama osoba, która będzie musiała donosić tę ciążę, w której maluszek nie ma szans na przeżycie, będzie cierpieć. Przez cały okres ciąży i wiele lat później, do końca swoich dni.

Państwo i prawo państwowe nie powinno skazywać nikogo na taki los. A w tym momencie właśnie to robi.

Jesteśmy pośrodku pandemii na skalę światową, gdzie wszystkie rządy starają się skupić przede wszystkim na działaniach zdrowotnych, ratowaniu gospodarki, pomocy potrzebującym – a nasz rząd zdecydował się poruszyć tak delikatny i wymagający ogromnych ilości debat temat, jakim jest aborcja, nie zwracając zupełnie uwagi na konsekwencje takiego działania.

„Wysoko sobie cenię koalicję, która jest w stanie zmieniać Polskę, natomiast jeżeli chodzi o sprawy związane z aborcją, to uważam, że osiągnięty 15 czy 14 lat temu kompromis jest kompromisem, którego nie wolno naruszać. Powtarzam – nie wolno naruszać” stwierdził w marcu 2007 roku Lech Kaczyński, rodzony brat bliźniak Jarosława, nasz ś.p. prezydent, którego ceniłam za to, że potrafił z empatią i zrozumieniem spojrzeć na każdy konflikt, nie dzielić, ale szukać zjednoczenia – choć nie zgadzałam z jego poglądami.

Bo można kogoś szanować i podziwiać pomimo odmiennych poglądów. Pamiętajmy o tym.

Jego brat w tym momencie zrobił coś zupełnie nieodpowiedniego – zabrakło empatii, zrozumienia i przede wszystkim uszanowania woli Lecha. Jarosław nie myśli o wolności i jednoczeniu Polaków, kieruje się jedynie wykorzystywaniem swojej władzy do wprowadzania własnego widzimisię.

To naruszenie wolności.

To dzielenie narodu.

Bycie matką to wyzwanie.

Całkiem niedawno podjęłam decyzję o eutanazji mojej kotki. Patrzyłam jak cierpi pod koniec życia i zdecydowałam się to cierpienie jej skrócić. Płakałam nad tą decyzją przez długi czas. A to był TYLKO kot.

Nie jestem sobie w stanie wyobrazić co może czuć matka, która dowiaduje się, że jej dziecko nie przeżyje ani minuty po urodzeniu, bo nie rozwija mu się i brakuje mu jednego z najważniejszych narządów (np. płuc). Jak okropne musi mieć myśli, jak bardzo potrzebuje w tym momencie zrozumienia i pomocy.

W ustawie w takich wypadkach była dozwolona aborcja – aborcja, która miała na celu skrócenie cierpienia zarówno matki jak i dziecka, skracająca czas powrotu do zdrowia dla matki, mimo iż i tak do końca życia będzie taka matka to dziecko opłakiwać.

To nie jest aborcja eugeniczna, to nie jest „udoskonalanie rasy”. To jest aborcja pełna zrozumienia ciężkiej sprawy i empatii.

W tym momencie matka skazana jest na cierpienie – na noszenie malucha pod sercem do samego porodu, ponad pół roku łez, dzień w dzień – i zamiast cieszyć się każdą chwilą, każda coraz bardziej pogrąża ją w smutku i depresji. 280 dni ciężkich zmagań.

Jak ogromy ból musi czuć taka osoba, kiedy zamiast kołyski, wybiera podczas ciąży trumnę i zamiast zbierać fundusze na pieluszki i kaszki, odkłada na pogrzeb i stypę? Jak bardzo ciężko musi być jej już po porodzie, po śmierci dziecka, kiedy musi walczyć jeszcze ze swoim własnym organizmem, który jest wyczerpany po porodzie, który pobudza laktację i inne matczyne procesy, kiedy nie ma komu…? Ile czasu, pieniędzy i zaangażowania trzeba poświęcić, żeby wrócić do zdrowia po takiej stracie?

Już nie wspomnę nic o możliwych powikłaniach poporodowych. Ani o traumie i strachu przed kolejną próbą powiększania rodziny. Bo po co? Rząd nie chce mnie wysłuchać. Ani mnie, ani żadnej protestującej kobiety.

Bo sprawa dotyczy też mnie. Planuję założyć rodzinę po ślubie, jednak boję się, czy nie spotka mnie coś takiego i będę musiała przechodzić przez to wszystko sama. I choć mam wielką nadzieję, że wszystko będzie w porządku, to zwyczajnie się boję. A co jeśli? Czy ktokolwiek mi pomoże? I czy będę na tyle wytrzymała, żeby to przetrwać? Mało kto jest na tyle silny.

I najważniejsze – jeśli zdarzy się, że będę jednym z tych 900 przypadków kobiet rocznie w Polsce, które podejmują decyzję o takiej aborcji, to czy moja rodzina lub jakikolwiek znajomy mi pomoże? Czy zrozumie, jeśli zdecyduję się ukrócić to cierpienie? Lub czy wesprze mnie, jeśli będę zmuszona wytrwać w tej męczarni 40 tygodni?

Potrzeba wiary.

Myślę, że musimy pamiętać o jednej podstawowej rzeczy, o której mam wrażenie, że wiele z nas zapomina.

Zarówno Jezus, jak i Budda, jak i inny przewodnicy duchowi, którzy zgromadzili za sobą rzesze zwolenników mówili w gruncie rzeczy o jednym i tym samym – o miłości i szacunku do siebie samego oraz miłości szacunku do każdego innego człowieka, niezależnie czy jest w naszej opinii dobry, czy zły.

Myślę, że aby móc kogokolwiek pokochać, trzeba mieć w sobie empatię. Choćby najmniejszy zalążek zaufania, zrozumienia lub tej właśnie empatii, może rozpalić tę miłość, o której mowa.

„Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” jest przecież najważniejszym przykazaniem w kościele katolickim. Może nie potrafimy pokochać siebie i dlatego nie potrafimy pokochać bliźniego?

Sama nie jestem typem „kościelnym”, ale wierzę w bycie dobrym człowiekiem, wierzę w poszanowanie wzajemnych idei i praw oraz wierzę, że poza naszą materią jest coś więcej, czego nauka nie potrafi jeszcze zbadać. Staram się okazywać miłość i szacunek każdemu, kogo spotkam. I przede wszystkim obdarzam każdego empatią, bo głęboko pragnę zrozumienia.

Tu chciałabym podkreślić, że jako wierzącego katolika określa sam siebie pan Jarosław Kaczyński. To co mnie najbardziej martwi, że tej miłości i szacunku, o której wspomniałam, tej miłości i szacunku, o której naucza kościół, nie dostrzegam u niego. Bo nikt, absolutnie nikt, kto w sercu trzymałby się tego przykazania szczerze i prawdziwie, i patrzył empatycznie na ludzi, nie podburzałby do ataków i agresji.

Dobry lider chroni i przewodzi wszystkim, nie tylko tym, co się z nim zgadzają. Takiego lidera bym chciała. I takiego lidera wam życzę.

Jeszcze będzie normalnie.

Kochani, gorąco wierzę w to, że to co robimy ma sens i przyczyni się do powrotu do normalności. Że skończy się szczucie jednych drugimi i że skończy się wciskanie nam narodowej ksenofobii i rasizmu. Że nadejdą dni, gdzie dyskusja polityczna przy rodzinnym stole skończy się żartami i śmiechem, a nie rzucaniem talerzami. Że nie będzie propagandy ani cenzury, czy choćby zwykłego przekręcania słów. Że TVP znów wróci do swoich obiektywnych korzeni i będzie można obejrzeć Macieja Orłosia w Teleekspresie o 17. Że debaty prezydenckie będą się odbywać w obecności wszystkich kandydatów. Że rząd będzie potrafił przyznać się do swoich własnych błędów i nie zrzucać winy za niepowodzenia na opozycję czy własnych obywateli. Że nasze sądy i trybunały będą niezależne i nie będą podlegały żadnej partii politycznej. Że nie będzie gadania o tym, co jest dobre a co złe w kontekście własnych poglądów. Że nie będzie tuszowania kłamstw i ubierania ich w piękną otoczkę. I że już nigdy, przenigdy, nie zobaczymy jak ktoś zabija na scenie podczas finału najskuteczniejszej organizacji pomocy polskim szpitalom reprezentanta którejkolwiek ze stron, bo tak okropnie go zmanipulowano.

To wszystko, co się działo, było odrażające, ale jest już za nami. Teraz może być tylko lepiej.

Może nie stanie się to ot tak, raczej czeka nas ładnych kilka lat powrotu do tego, jak być powinno. Ale wierzę, że to nastąpi.

I mam nadzieję, że wy również.

Trzymajcie się ciepło i zdrowo.

Meta